lis 05

Jak światełko w tunelu

Autor: Agata Domańska

fot.123rf

Ta siła to motor życia i działania. Potrafi dać człowiekowi motywację na wiele lat. Rodzona siostra wiary i miłości – nadzieja.

Nadzieja to cud: karmi się sama sobą. Masz ją – czujesz się lepiej. Lepiej się czujesz – masz jej więcej. I czujesz się jeszcze lepiej!

Prawdziwą siłę nadziei dobrze obrazuje pewien eksperyment: dwa szczury umieszczone w naczyniach z wodą walczyły o życie. By nie utonąć, musiały bez przerwy pływać. Jednego z nich naukowcy wsparli, dając mu na chwilę deseczkę, o którą mógł się zaczepić. To dodało mu otuchy, że może jednak uda się wyjść cało z sytuacji. Efekt: znalazł nowe siły, pływał o wiele dłużej niż jego pozbawiony nadziei towarzysz.

Tnij na części ciemny tunel

Immanuel Kant powiedział, że dostaliśmy trzy dary łagodzące trudy życia codziennego: sen, humor i nadzieję. Kościół katolicki wymienia nadzieję wśród najważniejszych w życiu wartości obok wiary i miłości. Jan Paweł II określił ją jako obowiązkową cnotę każdego chrześcijanina, a Cyceron stwierdził, że dopóki jest życie, dopóty jest i nadzieja. I to prawda: gdyby jej nie było, wstawanie rano nie miałoby sensu. Doceniamy jej znaczenie dopiero wtedy, kiedy jej zabraknie – a tak naprawdę jedyny stan, w którym rzeczywiście brakuje nadziei, to depresja.

Nadzieja to emocja skomplikowana. To nie jest uczucie proste, jak wściekłość, żal czy radość. Jesteśmy wypełnieni różnymi emocjami, raz więcej w nas buzuje tych pozytywnych, innym razem trudnych. Kiedy dominują euforia, radość – nadzieja kwitnie. Kiedy dzieje się źle, przygasa. Jest jak światełko w tunelu – czasem bywa tak daleko, że trudno je dostrzec. Ale gdy ujrzymy tylko odrobinkę blasku – nadzieja rozrasta się z całą mocą. Oto zasada tunelu: kiedy tracisz nadzieję na szczęśliwe życie, podziel je na mniejsze części. Obdarz nadzieją jeden dzień – uwierz, że dziś spędzisz miło czas, a nawet tylko godzinę? W ten sposób tniesz ten ciemny tunel na mniejsze segmenty i łatwiej dotrzesz do światełka na końcu. Bo nadzieja to cud – karmi się sama sobą. Masz ją – czujesz się lepiej. Lepiej się czujesz, to tym więcej masz nadziei. Więc czujesz się jeszcze lepiej!

Nadzieja przekierowana

W sytuacji kiedy nie mamy wpływu na zdarzenia, pozornie tracimy nadzieję. Pozornie, bo tak naprawdę przekierowujemy ją na innych, zaczynamy lokować na zewnątrz, deklarując: cała nadzieja w tobie, w was. To częsta postawa osób z syndromem wyuczonej bezradności – wierzą, że same nie mogą wiele zdziałać, ale inni owszem. I wychodzą za mąż, mając nadzieję, że operatywny mąż wszystko załatwi. Albo wciąż polegają na pomocy mamy i taty, choć rodzice mają ponad 60 lat. Albo znajdują sobie zdecydowanych, energicznych przyjaciół. Powierzają swoje problemy osobie z zewnątrz, która wszystko jakoś zorganizuje, i będzie dobrze. Tymczasem nadziei trzeba szukać w sobie, dbać o nią i patrzeć, jak kiełkuje. Jak? Kiedy tracisz ducha, spróbuj otworzyć się na krzepiące informacje, szukaj pozytywnych przykładów świadczących, że komuś coś się udało. Znajduj inspirację w sobie: przecież dałem radę tyle razy, teraz też mi się uda. Szukaj na zewnątrz, słuchaj opowieści z happy endem. Takie historie są pożywką dla nadziei, zwłaszcza gdy dotyczą dziedziny, która nas nurtuje. Kiedy czujemy się samotni, wątpimy, czy uda się nam znaleźć kogoś, kto nas pokocha – słuchajmy, oglądajmy filmy o tym, jak udało się to innym. Każdy przykład na „tak” daje nową wiarę i nadzieję, która otworzy nas na miłość.

Programowanie, ale pozytywne

Pesymiści w takiej sytuacji będą ostrzegali: „takie pozytywne programowanie bywa niebezpieczne”. Owszem, programowanie może być niekorzystne, ale tylko wtedy, gdy nie bierzemy pod uwagę wszystkich danych obiektywnych. Jeśli w procesie budzenia nadziei zachowamy zdrowy rozsądek, nic nam nie grozi. Nastawienie się na pozytywną opcję spowoduje, że będzie nam się lepiej żyło. Przyjemniej, łatwiej. I pełniej. Bo nadzieja w codziennym dniu staje się rodzajem soczewki potęgującej dobre emocje czy substancji łagodzącej życie. Koi lęki, reguluje napięcia. Pozwala się odprężyć, nawet gdy nie wiemy, jak ani gdzie jakaś przygoda się skończy. Kiedy jedziemy samochodem z niemal pustym bakiem, ale pełni nadziei, że za chwilę znajdzie się jakaś stacja benzynowa, jedziemy w mniejszym napięciu, z ufnością. Stacja i tak jest tam, gdzie jest – ale nam łatwiej.

Niektórzy ludzie celowo nie pozwalają sobie na nadzieję, żeby się potem nie rozczarować. Myślą: „nie będę liczyć na zbyt wiele, bo jeśli się nie uda, będę cierpieć, złamie to moje serce”. To jeden z bardzo szkodliwych, niszczących mitów. Bo to nieprawda, że jak sobie nie pozwalamy wierzyć czy mieć nadzieję, to potem boli nas mniej. Boli tak samo. Tylko wyrzekając się nadziei, dodatkowo działamy na własną szkodę. A przecież wielu lekarzy docenia fakt, iż leczenie czy walka z chorobą są możliwe tylko tak długo, jak długo chory ma nadzieję. Jeśli ją straci – batalia przegrana.

Modelowanie od malucha

Co sprawia, że jedni mają więcej nadziei, inni mniej? Częściowo czynniki biologiczne, a częściowo wychowanie. Rodzimy się z pewnym bagażem biologicznym. Dziecko od urodzenia zdrowe ma mocny układ nerwowy, dobre poczucie własnego ciała i to buduje w nim wiarę w siebie, a tym samym nadzieję. Jeśli jest silne, będzie miało wiarę w to, że wyzwania, które są przed nim stawiane, da się pokonać. Co innego, jeśli jest słabe, chorowite, od początku zdane na pomoc ludzi, wszystko je przerasta.  Wtedy często przenosi nadzieję na zewnątrz i godzi się z zależnością od innych. Nie umie pokładać nadziei w sobie. Na szczęście w miarę dorastania także słabsze dzieci mogą nabyć więcej „potencjału nadziei”. Skąd? Od rodziców i otoczenia. W lepszej sytuacji są dzieci optymistów, którzy przekazują pociechom swój styl reagowania na niepowodzenia. Uczą, że trzeba wierzyć w powodzenie, cokolwiek by się nie działo. To takie pozytywne modelowanie od malucha, wpajanie przekonania, że zawsze damy radę. A ta pewność to właśnie ONA – wielka siła, siostra Wiary i Miłości…

Wirus nadziei

Czy nadzieja jest zaraźliwa? W pewnym stopniu tak. W związkach ludzi o nierównym poziomie nadziei korzystają ci nastawieni negatywnie. Choć o tym nie wiedzą, karmią się zewnętrznym optymizmem partnera. Jest dla nich czymś pociągającym, dobrym, czymś, co chcieliby mieć. Dzięki towarzystwu osoby pełnej nadziei sami troszkę nią „nasiąkają”.

Wirus beznadziei

Brak nadziei też zaraża. Człowiek, istota zaprogramowana na przetrwanie, łatwiej i szybciej przechwytuje negatywne emocje – staje się bardziej czujny wobec niebezpieczeństwa. To ewolucyjny mechanizm przetrwania: w końcu gdyby przechodzący koło lwa zajączek miał nadzieję, że lew jest właśnie najedzony, byłaby z niego przepełniona nadzieją przekąska.

Tatiana Ostaszewska-Mosak psycholog kliniczny, związana z Centrum Doradztwa i Terapii, portalem psycholog.com.pl. Prowadzi prywatną praktykę psychologiczną, zajmuje się m.in. terapią par walczących z niepłodnością.

Autor admin

lis 05

Pozostając w tematyce “long”  i high” :-)

Autor admin

lis 05

Podkolanówki, długie skarpetki, drugie życie dała im  je lata temu Britney Spears w teledysku “Hit Me Baby One More Time”. A potem ten element stroju pensjonarki, na dobre sie zadomowił się u nas w szafach. A, że pora nadchodzi na nie, warto odkurzyć pewne pomysły na połączenia ich z resztą garderoby.

Autor admin