lut 20

Autor admin

lut 20

Czy wiesz, jaki właściwie rozmiar ubrania nosisz? Dlaczego w niektórych sklepach mieścisz się w 38, a w innych ledwo wciskasz w 42? Dziennikarskie śledztwo przeniosło się do centrum handlowego.

Góra 42, dół 38

Przyznaję od razu – nie mam typowej sylwetki, ale w porównaniu z przyjaciółkami, wiem, że znalezienie dla mnie ciuchów nie jest problemem. Jestem wysoka, raczej szczupła, z wąskimi biodrami i szerokimi ramionami. Przez taką budowę bez problemu noszę spodnie oznaczone M i rozmiarem 38. Raz w jednym ze sklepów udało mi się na wdechu założyć spódnicę z magiczną liczbą 36 na metce. Nie miałam 15 lat, tylko 30! Z górą nie mam aż tyle szczęścia. Żeby pomieścić ramionka enerdowskiej pływaczki, potrzebuję nieco więcej miejsca na górze. Przyzwyczaiłam się już, że L-ka to moja przyjaciółka, a sweter w rozmiarze 38 to największy wróg. Nie wiem jak Ty, ale ja generalnie mam tendencję do zaniżania swojej numeracji. Nauczona doświadczeniem do przebieralni zawsze biorę trzy sztuki tej samej odzieży – w trzech następujących po sobie rozmiarach.

Włoski strajk

Lubię włoskie firmy, ale nie lubię ich numeracji. Marki pochodzące ze słonecznej Italii pogrążają mnie w smutku… Pamiętam szok, który przeżyłam, kiedy pierwszy raz nie wcisnęłam się w Benettonie w spodnie z rozmiarze 40. 42 zresztą także. Dopiero 44 leżało jako tako. Ekspedientka zapewniała mnie, że to wina zawyżonej numeracji – co z tego, skoro wtedy zaniżyło czasowo moją samoocenę. Przytyć siedem kilogramów w trzy minuty to szokujące doświadczenie. Wiem, że nie jestem z moimi przemyśleniami sama. Wiele znajomych nigdy nie odważyłoby się kupić w sklepie on-line ubrania, bez wcześniejszego rozgryzienia rozmiarówki danej marki. Do mnie raz w życiu przyszły w paczce ze sklepu spodnie. Zamawiałam sukienkę i kostium kąpielowy, a dostałam także dżinsy. I co zabawniejsze okazało się, że idealnie na mnie pasujące! Świadomie nie podjęłabym jednak takiego ryzyka. Angielska i amerykańska rozmiarówka to dla mnie wyższy poziom abstrakcji: 6, 8, 9, Petit i inne oznaczenie sprawiają, że pogrążam się jeszcze bardziej. Co gorsza parokrotnie starałam się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, ale i tak wszystko zapominałam.

Naukowe podejście do sprawy

Nie ja jedna denerwuję się kwestią magicznej i ciężko zgłębialnej wiedzy dotyczącej rozmiarówki firm odzieżowych. Anna Powell Smith – programistka o bardziej matematycznym niż ja zacięciu, stworzyła stronę What Size Am I (jaki noszę rozmiar), która pozwala na wyliczenie rozmiaru ubrań, które powinnaś zabrać ze sobą do przymierzalni. Wystarczy wpisać centymetry w biuście, talii i biodrach, a program wyliczy Twój rozmiar w najbardziej popularnych sieciówkach. Co więcej, aplikacja, która jest także dostępna w wersji na smartphone’y wskaże także sklepy, w których znajdziesz najwięcej propozycji skierowanych dla Twojego rozmiaru. Wnioski Anny Powell Smith, potwierdzają to, co intuicja podpowiadała mi wcześniej. Nie mam czego szukać z moją figurą w Marks&Spencerze (za mało kobieca) czy Mango (za dużo mam w talii). Idealna dla mnie i mojej sylwetki jest Zara, H&M i Topshop.

Nakazy i zakazy

Mam także wrażenie, że część największych sieciówek, tych z najniższymi cenami, niezbyt restrykcyjnie przestrzega standardów rozmiarów w ramach własnej firmy. Porównałam kilka T-shirtów, które miały być różnego rozmiaru i niewiele się między sobą różniły… Kilka lat temu Unia Europejska miała przymusić producentów odzieży do ujednolicenia rozmiarów ubrań. Na razie jednak wciąż panuje tu wolna amerykanka.

Artykuł pochodzi ze strony gazeta.pl kobieta

Autor admin