lis 10

Na urlopie w hotelu wracając ze śniadania czy też obiadu na basen wstąpilam do apteki i przy okazji zważylam się. Wiedzialam,że troszke przytyłam, choć mieściłam sie nadal w stare ubrania typu nieśmiertelna wakacyjna spódniczka khaki, ale jednak oponka na brzuchu mówiła swoje. Przerazilam sie,gdyż waga wskazywała 65 kg. Nigdy wiecej nie widziałam na cyferblacie. Powiedzialam sobie OK, nie ma co robić paniki, wakacje są od tego aby sie poobjadać,ale po powrocie troche zmienie swe menu. Czy zmienilam?Nie za bardzo. poprostu jakby zmieniły sie mi smaki. Zaprzestałam łykać hormony, nadal nie stronie od chipsów, czekolad i frytek. Nie wymazalam z jadlospisu spagetti z pesto, na obiad dziś mialam wielki kawał lasagni. A wczoraj pierogi z łyżką śmietany. Ale jem tego mniej. Kiedyś poprostu nie umilam przesatć jeść, teraz nauczylam sie między posiłkami robić przerwy. Kolacji sobie nie omawiam, ale zamiast sutych kanapek przerzucilam sie na salatki. Staram sie nie jeśc drugiego obiadu w pracy. Owszem, nadal sałatki jadam z majonezem, ale jednak jakby tego mniej. Przedwczoraj była sałata pekińska z wędzoną makrelą, groszkiem drobniutkim z puszki, paprykami i ogórkiem, dziś jest sałata lodowa z kiełkami, żółtą paryką i ananasem z puszki. A waga, minus 6,5 kg :-) czyli cyferblat wagi wskazuje moje upragnione 58,5 kg :-) Jest to na tyle mało,że nie musze wymieniać całej garderoby, choć 90% spodni musialam zanieść do krawcowej i zwęzić, reszta ciuchów poprostu przyjemnie zrobiła sie mniej obcisła, a biust nadal jest wypełniony,  a na tyle dużo, że w końcu podobają mi sie moje nogi i brzuch, który wcześniej miałam non stop zaookrąglony. Chwilo, a raczej – wago  trwaj! ;-)  

20121110-201735.jpg

20121110-201743.jpg

Autor admin